Ręce, cycki opadają!

Ah, Borze iglasty jak miło być dorosłym! Iść kupić piwko bez strachu, zaszpanować dowodem osobistym, jarać fajki pod blokiem bez przypału. No i można już się bzykać ze swoją ukochaną jak dzicy, no bo przecież jak wpadnie to też całkiem spoko, no bo osiemnaście już ma więc można. I nagle przychodzi moment kiedy dorośli podejmują decyzję: tak, bierzemy ślub, robimy kaszojada, a w sumie 500 + no to może od razu dwa. I super. Widzimy wady przed ślubem ale myślimy: ‚e, no zmieni się po ślubie, dziecko go odmieni. Jak go zaleje fala miłości rodzicielskiej to zacznie pracować 12 godzin na dobę’. A on sobie myśli: ‚Zrzędzi, marudzi, zapuściła się jak cholera ale co tam. Po ślubie będzie lepiej. No przecież nie zamieni się w paszteta’. Ano właśnie witamy w rzeczywistości. Nie, jeśli on ma wszystko w dupie, to po ślubie też będzie miał w dupie.Jeśli ona przed ślubem ma chwilowe wstawki podczas których nie dba o siebie to zapewniam Cię, że nie zamieni się w Ewkę Ch., nadal będzie wpierdalać czekoladę i nic tego nie zmieni. Jeśli Twój przyszły małżonek nie zaśnie jeśli przed ślubem nie wypije 4 piwek, no to po ślubie nie zaśnie bez 8. Magiczną mocą abstynentem nie zostanie. To nie jest jak w bajkach, że podczas składania przysięgi małżeńskiej owiewa Was gwiezdny był, unosi Was w górę i od tego momentu żyjecie długo i szczęśliwie. Zastanawiam się po co ludzie biorą śluby. Widzą swoje wady, które na logikę na dłuższą metę mogą zniszczyć nawet największe uczucie ale zakładają białą kieckę i ekspresem pod ołtarz.

Ale… Jak już ludzie wezmą ten ślub to żyją sobie spokojnie, dopóki coś się nie zacznie psuć. A to kryzys finansowy, a to seksualny, a to za dużo obowiązków, a to rutyna i nuda. I co? I gówno. Zamiast spiąć dupę, to siedzą i gadają o rozwodzie tak jakby to było kupienie mleka. „Wiesz co, nie podoba mi się kolor Twoich skarpetek dziś”

„Serio? To straszne. Ale mam świetne rozwiązanie. Rozwód”.

Albo: „kupiłaś marchewki?”

„Nie, nie kupiłam”

„Jak mogłaś, już dziś składam papiery rozwodowe”.

No JA PIERDOLĘ. A co ze słowami? Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską?! Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny?

Co to kurwa jest? Małżeństwo to guma do żucia? Straci smak to trzeba ją wyrzucić i włożyć do ust nową? Proponuje się ogarnąć, walczyć o swoje szczęście, przyszłość, szczególnie jeśli powołaliście na świat owoc miłości czyli dziecko. Albo dwoje dzieci. Niech to idzie w dwie strony. Niech każdy się stara. A nie.. 600 zł, dwie wizyty w urzędzie i znowu jesteśmy wolni. Okropne. Po prostu okropne. Niepokoi mnie współczesny egoizm, brak odpowiedzialności i bycie dorosłym tylko z nazwy.

Jesteś facetem, mężem, ojcem? Świetnie, to gratulujemy. To z przyjemnością informuje, że Twoim podstawowym obowiązkiem jest zadbanie o to, żeby Twoja rodzina miała co do gara włożyć. Żeby Twoja żona mogła żyć i cieszyć się macierzyństwem a nie tyrała po 12 godzin w fabryce ogórków żebyś miał za co piwko wypić. Sorry Misiek. Czas codziennych imprez z kolegami i miłych koleżanek skończył się. Nastał czas wytężonej pracy i dbania o rodzinę którą założyłeś. Bądź mężczyzną a nie cipą. Aha, na ten moment Twoją męskość wyznacza stan konta i Twój mózg a nie długość penisa i możliwości wątroby…

A Ty Panienko co? Żoną jesteś? No to super, gratulujemy. Wiedz jednak, że obrączka na palcu nie obliguje Cię do bycia  zrzędliwą, zapuszczoną wiedźmą, która seks uprawia raz do roku w pozycji klasycznej, przy zgaszonym świetle. Bądź tą kobietą, którą on pokochał a nie „madką” z dowcipów, która rozpuszcza swoje dzieci do granic możliwości i ma wiele do powiedzenia na fejsbukowych forach. Trzy chuje w bok od Ciebie? No, no klasyka gatunku, to stwierdzenie to już prawie nowa jednostka miary. No i jeszcze jedno- posiadanie dziecka nie upoważnia Cię do posiadania śmietnika w domu. To nie dobre matki mają klejące się podłogi a ostatnie flejtuchy.

Skoro Bóg istnieje to wcale się nie dziwie, że częstuje nas powodziami i innymi klęskami żywiołowymi. Patrząc na ludzi czasami sama mam ochotę walnąć na to wszystko bombę i rozwalić to całe badziewie w proch i pył…

*Pisząc ten wpis opisuje przypadki z internetu, analizę ogólnego gówna, które mnie otacza ale nie myślę o niczym  konkretnym. Po prostu patrzę, widzę, czytam i ręce  i cycki mi opadają…

DLACZEGO?!

fkfkfkffkffkfkkfk

Cały dzień zadaje sobie to pytanie. Dlaczego zawsze coś musi się spie*dolić? Niby dzień ja każdy, poranek taki jak każdy inny ale milszy, bo ktoś Cię pochwalił, powiedział coś miłego. I sobie siedzisz i jest Ci dobrze a w Twojej głowie kłębią się miłe myśli, że jest super! Że oby tak zawsze i jest fajnie. Tak po prostu. Spokój, cisza, tylko miłe rzeczy i taka idealna wewnętrzna harmonia. Aż tu nagle… Ciach. Zupełnie niespodziewanie okazuje się, że spierdoliło się coś i to po całości. Najpierw jest niedowierzanie i pragnienie czynu. Potem okazuje się, że jest gorzej niż myślałaś a potem to już równia pochyła w dół. I co? I siedzisz z miną taką jakby Cię zaraz mieli pociąć na kawałki i zasypać solą, w Twojej głowie walczą dwa głosy: „Ty idiotko, Ty kretynko, Ty gamoniu, jak znowu mogłaś coś spieprzyć? Debilko, idiotko, ogarnij się wreszcie. Milion razy sprawdzasz a i tak się jebniesz, no co za gówno!” i drugi, zdecydowanie cichszy: „Nie myli się tylko ten, co nic nie robi…”. I jak już się okazuje, że będzie zdecydowanie gorzej niż myślałaś to trzeba się wytłumaczyć. No ale co ja mam wtedy powiedzieć? Że przepraszam? I żeby się nie pobeczeć jak jakaś romantyczna idiotka siedzę cicho, zagryzam wargi i sama na sobie wieszam psy w swojej własnej głowie. I nie wiem co będzie, jaka będzie konkluzja. Ale ciągle zadaję sobie to pytanie dlaczego?! Dlaczego tak jest, że ciągle przytrafiają mi się jakieś dziwne sytuacje? Co ja mam, jakiegoś pecha, czy ktoś mnie zaczarował? Co ja mam się cholera w czarcim żebrze wykąpać, bo mnie jakaś wiedźma zaczarowała? Nie to żebym w takie rzeczy jakoś wybitnie wierzyła ale… Kto wie? Sama nie potrafię zrozumieć skąd to się bierze. Przecież staram się być skrupulatna jak mały żyd liczący kasę, pilnuje się jak złodzieja, sprawdzam po 1000 razy. A i tak się potrafię jebnąć. Oddam nerkę i 2 litry krwi komuś kto powie mi dlaczego. Dlaczego ja. A to mi się fotel rozwali, a to jakiś kleszcz przyszwęda, a to tłumik odpadnie. Całe życie składa się z takich małych, irytujących pierdół. Czuję się momentami niczym bohater filmu „Nic śmiesznego”. On też był wiecznie rozczarowany. I co jest lepiej i pojawia się nadzieja na coś lepszego- niespodzianka i kolejne rozczarowanie. Takie to życie jest jak na tym obrazku powyżej.

A po mojej głowie tłucze się wiersz Barańczaka. O tych łzach co je będzie trzeba w końcu wylać w samotności, no bo przecież nie przy ludziach i o tym rozczarowaniu, że nie jest tak jakbym jednak chciała…

 

Łzy w kinie płyną łatwiej.

Łatwiej niż w życiu (pomoc:
zgaszenie na sali świateł)
ale i łatwiej niż w domu,
przed własnym telewizorem:
za wydatek na bilet
pragnie się mieć wieczorem
coś uchwytnego: chwilę
śmiechu lub – zwłaszcza – łez
(od śmiechu widz czuje się lepiej,
od płaczu – lepszym niż jest).
Kinowa łza nie oślepia
oka; przeciwnie, przemywa
i kąpielami słonymi
sprawia, że oko przeżywa
to, co samochód w myjni
lub dusza w trakcie spowiedzi.
Kratką i ciemnym okienkiem –
ekran, przed którym się siedzi
(w kinie, jeśli kto klęknie,
są to przypadki nieliczne),
lecz przed tym panoramicznie
rozrosłym konfesjonałem
otarciem łzy wyznajemy
swój grzech śmiertelny, tajemny,
nie ujmujący – ujemny
znak, minus, który jest piętnem:
“Choć się naprawdę starałem,
choć próbowałem usilnie,
od ostatniego seansu
znów nie zdołałem żyć w pięknie,
w krainie Sensu i Glansu,
w sposób tak żywy, człowieczy,
pełny, prawdziwy, bezsprzeczny
jak żyją aktorzy w filmie”.
Ale w sumie… Inni mają gorzej a to może tylko chwilowy pech i jutro będzie lepiej? Pomimo to, że piątek, trzynastego to jakoś się to poskłada? Mam nadzieję. Ale i tak się boję. Bo życie to nie film i w życiu dziwne sytuacje nie kończą się happy endem a za swoje błędy się płaci..

Tak więc pijmy!

Drogi Czytelniku,

Dziś zapraszam Cię w szaloną alkoholową podróż. Usiądź ze mną, weź co tam masz w barku lub lodówce i pijmy. Jak będziesz tu ze mną i robił to co ja to zapewniam Cię, że kiedy skończymy to będziemy konkretnie wstawieni. I mam nadzieję, że napijemy się na mimo wszystko wesoło chociaż rzeczywistość wcale nie jest taka kolorowa. Ani różowa (ale chociaż kubek mam różowy w którym pije). No bo przecież lepiej się śmiać niż płakać. A jak płakać no to może na prawdę lepiej w sobotni wieczór przy butelce wina niż w drodze do pracy.

Tak więc- zdrowie! No właśnie. Zdrowie. Ile razy w ciągu dnia zastanawiasz się nad swoim zdrowiem? Pewnie nigdy. Albo rzadko. Ja teraz cały czas myślę o zdrowiu, oczywiście o swoim własnym w ostatniej kolejności ale i o zdrowiu bliskich też zapewne za często nie myślimy. A tu nagle niespodzianka. Okazuje się, że ktoś z Twoich bliskich ląduje w szpitalu, ma robione badania, jedne, drugie, ktoś rzuca hasła, tak bardzo przerażające. Rak, dystrofia (co to kurwa jest dystrofia?!), jakieś inne choroby. No i zaczynasz się zastanawiać, zaczynasz się bać, wyganiać do lekarzy, zmawiać wieczorami zdrowaśki o zdrowie najbliższych, płakać za kierownicą samochodu jadąc do pracy, mając w głowie tylko myśli „a co będzie jeśli…?” i zaraz też rugając samego siebie, że będzie dobrze, że ogarnij się idiotko i takie tam. Już Kochanowski Jan pisał fraszki o zdrowiu i był to człowiek mądry więc napijmy się- na zdrowie! Obyśmy zawsze byli zdrowi. I tych których kochamy też…

No i kwestia miłości. No to teraz to już możemy pić zdecydowanie na smutno, martwiąc się o przyszłość. Pijmy za to, żebyśmy zawsze mieli kogo kochać. Pijmy o to aby nasze uczucia zawsze były lokowane w dobrych ludziach. Pijmy za to, żeby nigdy nikt nam nie powiedział, że jesteśmy zgorzkniali i czepiamy się całego świata. Aby Nam nigdy niczego nie brakowało, aby nie łapała Nas życiowa, emocjonalna i seksualna frustracja. Pijmy! Za wszystkie stare panny świata aby stały się szczęśliwymi mężatkami. I miały dzieci. Zdrowe, kochane dzieci. I żeby nigdy już nie musiały płakać w poduszkę, aby nikt nie proponował im kota w prezencie, aby miały tą świadomość, że chociaż cały świat przeciwko nim to zawsze jeden człowiek obok zawsze stanie za nimi murem. Zdrowie!

No i teraz pijemy po raz kolejny. Tym razem o zwykłe szczęście w życiu. Niech Nam się wiedzie. Niech Nam nie odpadają niespodziewanie części od auta, niech nam się nie łamią szpadle. Miejmy czas na życie. Niech praca, stres i inne kwestie nie zjadają Nas doszczętnie. Pije za to żebym nie musiała słyszeć, że mam to coś ponieważ po raz kolejny popsułam drzwi, bo zepsuł się ekspres do kawy. Niech nam się przytrafiają tylko dobre niespodzianki. Chcę tego dla Was i dla siebie bardzo, więc pijmy.

Kolejny różowy kubek wina za mną.  Ciężar nieprzelanych łez troszkę się przytępił. Ale kiedyś będzie trzeba je wylać ale mam nadzieje, że będą to łzy szczęścia…

Iść tą drogą…

Jedni chcą podążać ścieżką kariery, inni wydeptać sobie drogę do czyjegoś serduszka. A ja uważam , że najważniejsze to mieć taką drogę gdzie można iść o każdej porze dnia i nocy, gdzie spotykają Nas od lat tylko dobre rzeczy. Gdzie są ludzie, którzy zawsze nas przygarną i ogarną, gdzie są zawsze otwarte drzwi i otwarte serca. Droga, którą idziemy od lat, od zawsze. Czasami od tak dawna, że pierwsze swoje trasy pokonywaliśmy w bezpiecznych ramionach. Gdzie od lat panuje taki sam spokój, taka sama dobra atmosfera. Gdzie jest zawsze ład i harmonia, gdzie nigdy Nas nie nie wkurzają, nigdy nie krytykują, gdzie znajdujemy odpowiedzi na najważniejsze pytania w życiu. Na końcu tej drogi znajdziemy wszystko: przepis na sernik, receptę na życie, smaczny obiad i kilka dobrych rad rodem z „Perfekcyjnej Pani Domu”.  Gdzie tak na prawdę czujemy się jak w domu, choć to nie jest nasz dom rodzinny. Tak. Zdecydowanie najważniejsze jest to aby mieć w życiu taką drogę która kończy się takimi drzwiami, które zawsze są otwarte…

LAS

Przy niedzieli niech Ci się krowa ze szczęściem ocieli! :)

Niedziela. Magiczny dzień w którym powinno się robić tylko i wyłącznie rzeczy przyjemne, spędzać czas z rodziną, ukochanym, aktywnie i ambitnie realizując założenia z całego tygodnia, spełniając obietnice o tym, że w końcu:

a) pobiegam, w końcu bieganie jest zdrowe, no i modne, no i ładna fałda mi się przez zimę na brzuchu zrobiła, oj,oj tłuszczyku, najwyższa pora Cię wysłać na wakacje w krainę wiecznych łowów…

b) pojadę i odwiedzę niechętnie i bez entuzjazmu nielubianą ciotkę-klotkę-despotkę i wujka ‚dobra rada’ który widzi mnie raz na jedno tysiąclecie (i to przy dobrych wiatrach) ale życie moje skrytykuje i w mig mi je na nowo ułoży..

c) do kościoła pójdę, posłuchać parafialnych rozliczeń podatkowych lub też listu jakiegoś tam arcybiskupa, co chce decydować o mojej macicy (PÓJDĘ, RZECZYWIŚCIE PÓJDĘ. Jak tylko kazania będą dawały się słuchać a nie będą bez ładu i składu bełkotem. Czasami się zastanawiam dlaczego oni nie robią wywodów, które pomagają żyć tylko jakieś pierdu-śmierdu?)

A właśnie, że nie! Nie pójdę. Będę robić nic. Będę robić to na co ja mam ochotę. Bardzo często zauważam taką tendencje, szczególnie wśród kobiet. Cały tydzień dygają na etacie, czasami osiem godzin plus nadgodziny. Po pracy: zakupy, obiad, sprzątanie, prasowanie, mąż, dziecko i spać. I tak od poniedziałku do piątku, no bo przecież w sobotę to jest trochę inaczej: sprzątanie, zakupy, pranie, ogródek, sprzątanie, obiad, mąż, film i spać. No i potem przychodzi taka niedziela i kobieta, która tak na serio (ale nikomu się nie przyzna) zamiast usiąść sobie na dupie, wziąć do ręki książkę, wyjść na spacer, zrobić coś-cokolwiek dla siebie zaczyna maraton, zrywając się z łóżka i ziuuu! Śniadanie niedzielne, no to trzeba coś więcej zrobić niż kanapki, no to poranek w kuchni, a potem po śniadaniu trzeba posprzątać, no to ogarnianie się na szybko i już! Do teściowej (jedzie taka waćpanna i w duchu zdrowaśki odmawia, no bo przecież jak trzeba ogarnąć męża, dzieci i kuchnie, to na siebie zostaję 40 sekund, więc jedzie sobie taka i myśli, że znowu wygląda jak kupa, że ma paznokcie niepomalowane a mąż ma troszkę niedokładnie wyprasowaną koszulę). No i zaczyna się męka. Myk z auta. Teściowa od progu krzyczy! „Jacusiu, serduszko moje kochane! Kto Ci tak niechętnie i nieprofesjonalnie koszulę wyprasował? Oj, biedny taki jesteś Synusiu mój Ty… O, wnusie moje kochane, Agatka, Karolku, tu babunia dla Was dzieci kochane czekoladkę ma!” (matka polka się gotuje, no bo przecież dzieci mają mieć stopniowane jedzenie słodkości, ma to być dla nich nagroda, ale co ma zrobić). Nasza bohaterka próbuje protestować, bo cukrzyca, próchnica, zatwardzenie ale co tam. Dzieci szczęśliwe, teściowa (TY STARY ROWERZE HEHEHEHE) okiem złym na nią łypie, no to się nie odzywa więcej, no bo po co robić konflikt no i poza tym nic by to nie dało. Więc niedziela u teściowej (no i teścia ale on jest bardzo milczący no to po co o nim pisać?). 6 godzin nieustannej męki podczas, której nasza matka-polka dowiaduje się, że:

-mąż zaniedbany

-dzieci źle wychowane

-a ona to przytyła, to się zapuściła, no i jak można robić na obiad tylko jedno danie! Jedno danie? Skandal! Nic dziwnego, że dzieci i mąż tacy jacyś przezroczyści…

A po wizycie u teściowej przygotowanie rodziny do całego nowego tygodnia, plus jeszcze taki bonusik: ‚MAMA, ZRÓB MI STRÓJ NA JUTRO DO PRZEDSZKOLA/WYKLEJ WYKLEJANKĘ Z KULEK Z BIBUŁY/NAPISZ WYPRACOWANIE O WYŻSZOŚCI OŚCI NAD KOŚĆMI’. I nasza matka polka kładzie się spać, zmęczona po weekendzie i od poniedziałku zaczyna swoją orkę na nowo…

Ogólnie rzecz biorąc to niedziela powinna być takim dniem tylko dla Nas. Podczas którego robimy tylko i wyłącznie rzeczy na które mamy ochotę, czytamy książki, spędzamy dzień z rodziną z którą chcemy ten czas spędzać a nie z tymi, z którymi wypada. Niedziela powinna być dniem podczas którego ładujemy akumulatory i nie ważne czy jesteśmy matkami, babciami czy singielkami. Dlatego ja dziś będę się cieszyć niedzielą. Zaraz zrobię sobie duży kubek zielonej herbaty, zjem ciastko, potem pójdę do mojej ukochanej babci a po obiedzie zagłębie się w rozkosznie podniszczonej książce (częste czytanie niszczy książki:)). Będę cieszyć się tym, że nigdzie mi się nie śpieszy, że nie muszę robić niczego, teraz-zaraz. Będę zachwycać się deszczem, na który czekałam, bo wczoraj wsadzałam roślinki do ogródka. I dzięki temu poniedziałek nie będzie taki straszny. Bo najważniejsze jest to aby wyhodować troszeczkę zdrowego egoizmu aby chociaż przez chwilę mieć czas tylko i wyłącznie dla siebie!

Miłego dnia! 🙂

 

***Dzisiejszy wpis ma charakter troszeczkę humorystyczny i nie ma na celu obrażać nikogo. Jak zwykle 🙂

Nie.

Nie. Absolutnie nie mam pretensji do wszystkich, że układają sobie życie według odgórnie ustalonych norm społecznych ale zastanawiam się…

Nie. Absolutnie nie mam problemów z moją egzystencją singla (vel starej panny lub też ‚tej której się w życiu nie udało’ jak to mówią) ale zastanawiam się…

Nie. Absolutnie nie mam powodów do zmartwień dlatego, że komuś zaraz zrobią życzliwi sąsiedzi niebieską kartę za bicie dzieci albo kogoś zgarnie urząd skarbowy za oszustwa podatkowe ale zastanawiam się…

Nie. Absolutnie nie mam związku z aborcją i tym szumem wokół niej, nie chce w to wnikać, mimochodem jednak muszę, bo to poniekąd i mnie dotyczy ale zastanawiam się…

Ależ absolutnie ble ble ble… Z każdej strony atakują mnie informacje o ludziach którzy żyją po swojemu, nie patrzą na nikogo, wydzierają sobie z rąk wszystko co tylko się da, nie są tolerancyjni, chcą wmówić innym że tylko ich sposób na  życie jest dobry albo żyją po swojemu, żyją źle, kombinują w bardzo mało subtelny sposób i są z tego dumni. Mało tego! Mają też swoje grono fanów, obrońców, którzy za kilka lat z dumą powiedzą mi: TY ZROBIŁAŚ ŹLE! TWOJE ŻYCIE TO JEDNA WIELKA KUPA! SPÓJRZ NA MOJĄ CÓRKĘ/SYNA!’

Mnie mama nauczyła co jest dobre a  co złe. Przez całe życie wkładano mi do głowy pewne zasady (oczywiście- jedne zignorowałam i to bardzo, inne natomiast urosły w mojej głowie do rangi religii) i dziś wiem, że czasy mamy trudne, pewne rzeczy trzeba ogarnąć zupełnie inaczej, od tyłu, czasami ostrzej a czasami olać zupełnie. Ale niestety czasami niechcący mi się wymyka opinia na temat tych według mnie złych, no bo przecież nie tak mnie uczyli i wtedy mam zupełny bałagan, no bo mi się w głowie nie mieści a dla innych to przecież standard… Ale z czasem wykształciłam sobie system obronny, który jednoznacznie wbił mi w mózg jak żyć i co robić. Takie coś, co sobie powtarzam zawsze kiedy mam wrażenie, że wszyscy chcą mi wejść na głowę,  (albo w moją macicę, to tak w kwestii tej nieszczęsnej aborcji, której mówi teraz każdy) i koniecznie chcą zburzyć mój spokój, mój obraz rzeczywistości i próbują udowodnić mi, że jednak coś ze mną nie tak. Takie moje motto, może będzie i mądre dla innych:

RÓB SWOJE NAJLEPIEJ JAK UMIESZ, NIE PRZEJMUJ SIĘ INNYMI, BO ZAWSZE ZNAJDZIE SIĘ KTOŚ KTO BĘDZIE CHCIAŁ CIĘ PODEPTAĆ ALE I ZNAJDZIE SIĘ TEŻ TAKI KTO CIĘ PODNIESIE JAK SIĘ PRZEWRÓCISZ. ŚWIATA NIE ZMIENISZ ALE RÓB TAK ABYŚ MÓGŁ SOBIE SPOJRZEĆ W OCZY W LUSTRZE I NIE WIDZIAŁ W NIM NIEMEGO OSKARŻENIA ZA SWOJE BŁĘDY. NIE MARTW SIĘ PRZYSZŁOŚCIĄ PONIEWAŻ NIE WIESZ CO PRZYNIESIE, CIESZ SIĘ DNIEM DZISIEJSZYM I DOCENIAJ TO CO MASZ… MIEJ ZASADY I NIE NAGINAJ ICH TYLKO DLATEGO, BO KTOŚ TAK CHCE… SZANUJ INNYCH ALE PRZEDE WSZYSTKIM KOCHAJ I DOCENIAJ SIEBIE!

Nie da się wykałaczką zawrócić płynącej rzeki…

Kiedyś, pewna mądra kobieta powiedziała mi, że mój stan cywilny nie przeszkadza mi dopóki ludzie w moim wieku są w takiej samej sytuacji jak i ja. A kiedy przyjdą dzieci, mężowie i żony to zobaczę, że nawet tak na dobrą sprawę nie ma się z kim napić w piątkowy wieczór. Cóż. Nie sądziłam, że to nastąpi tak szybko. Dziś mam już 26 lat (szkoda czasu na kłamstwa, że tylko 26 lat) i jest piątek i jedni są w ciąży, inni wybierają garnitury od ślubu a jeszcze inni potępiają moje staropanieńskie nawyki. Więc wieczorem spać idę, jak w tym tygodniu niemalże codziennie o 21:00.

„Dlaczego kroisz tego kurczaka na kawałki? Chciałam poćwiczyć na nim wyciąganie z niego kości!”- zapytała dziewczyna matkę.

„Jutro kupię Ci nowego”- odparła kobieta.

„Odpuść sobie tego kurczaka i tak Ci się nie uda”- wtrącił mężczyzna.

„Dzięki za wiarę w człowieka”- powiedziała dziewczyna.

„Co ja Ci będę mówił, w końcu masz już 26 lat!”

„Możesz mi wytłumaczyć dlaczego przeskakujesz z kwestii martwego kuraka na mój zaawansowany wiek?”

Siedem minut temu dziewczyna powiedziała, że nie zna mężczyzny który nadawałby się do czegokolwiek a dzieci to nie są jej klimaty. Skrajne oburzenie społeczeństwa prawie ją zjadło.

Tydzień wcześniej koleżanka usilnie namawiała ją na internetowe romanse, kiedy się wkurzyła koleżanka temat skończyła ale mimo wszystko nadal pewnie myśli jakby ją tu uszczęśliwić na siłę.

A wczoraj wieczorem przeczytałam artykuł o tym, że współczesne single to osoby powołane do egoizmu. Bo nie chcą ograniczeń, nie są w stanie podporządkować swojego życia innym ludziom, nie chcą się dzielić z nikim tym co osiągają.

—————————————————————————————————————————————————-

Tak sobie zbieram wszystkie wydarzenia z całego ubiegłego tygodnia i stwierdzam, że powoli zaczyna się ten czas, kiedy ludzie będą chcieli układać mi życie a cała reszta poukłada sobie swoje w zupełnie inny sposób niż ja i nadchodzi czas bycia  tym czym nigdy nie chciałam być ale świat mnie tym robi na siłę.

Ale…

Ja się nie dam. Jeśli jeszcze raz ktoś mi powie, że mam zagrania starej panny, że brak mi faceta albo jeszcze coś innego w ten deseń to wezmę mu coś wepchnę do gardła. Już mi się odechciewa być miłą, mam dość udawania, że mnie coś nie wku*wia jak mnie wku*wia.

NIECH SIĘ KAŻDY ZAJMIE SOBĄ. SKĄD KTOŚ MOŻE WIEDZIEĆ CZEGO CHCĘ SKORO JA DO KOŃCA TEGO NIE WIEM?!

Aha.

I statystyki mówią, że w dzisiejszych czasach żoną zostają 30-latki i 34-latki i nie jest to nic złego.

Ale…

Nie da się wykałaczką zawrócić płynącej rzeki. Zawsze się znajdzie jakiś debil, który stanie mi na odcisku i będzie po nim skakał tylko i wyłącznie dla swojej satysfakcji. Ludzie nadal twierdzą, że jak kobieta jest sama to musi być nieszczęśliwa, smutna itp. Ciekawe dlaczego. Może nie wszystkie żony są takie super turbo szczęśliwe i robią to z zazdrości, bo bały się być same i wzięły co szło? I teraz płacz, zgrzyt zębów i  smutki skrajne, bo wymarzony książę z bajki nagle okazał się ropuchą?

Każdy niech sobie żyje jak chce. I niech każdy robi jak uważa. I nie zarzucajmy się dobrymi radami, bo nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.